Na spotkanie spóźniliśmy się kilka tygodni, nie zdążyliśmy. Uprzedziła nas śmierć. Nie porozmawialiśmy z panią Heleną. Nie opowiedziała nam swojej historii, zrobili to za nią jej bliscy, rodzina. Pani Helena Stelmach jako nastolatka znalazła się w Iranie jako uchodźczyni.

Wraz z blisko 120 tys. innych polaków zwolnionych w latach 1942-43 z sowieckich łagrów. Przyjął ich Iran. To niezbyt znana historia. Wśród tych 120 tys. uchodźców większość to żołnierze Armii Andersa, ale około 40 tys. to kobiety, dzieci i cywile, dla których Iran był spokojną rajską krainą w czasach wojennej pożogi. Irańczycy przyjęli ich, ugościli i wsparli. Pomogli stworzyć dziesiątki sierocińców dla dzieci. Powstały szkoły, harcerskie szczepy, polskie czasopisma, a nawet polska kawiarnia. Więcej o tej historii można przeczytać na stronie projektu Polscy Uchodźcy w Iranie.

Kiedy w Isfahanie rozmawialiśmy ze staruszkiem, Irańczykiem pamiętającym tamte czasy przywołał ze wspomnień obraz z przeszłości. Zobaczył polskich uchodźców i pomimo, że byli w kiepskiej kondycji wydali mu się … piękni. Tak, piękni ze względu na jasną skórę, błękitne oczy, ze względu na swoją inność. Ta inność, odmienność okazała się magnesem, impulsem do zainteresowania się losem potrzebujących. Jakie to różne od tego, z czym często można spotkać się dzisiaj. Inność wywołująca lęk, strach, agresję. Może jedynie dzieci są tego pozbawione, tak jak moja córka, która o swojej kuzynce (pół krwi Pakistance) mówi, że jest po prostu piękna, bo ma taką ładną, ciemną skórę.

Piękno odmienności było też miłośnym impulsem dla pana Mohammada Ali Nikpoura, który już kilkanaście lat po wojnie sprowadził się do Teheranu ze swojej wioski, żeby pójść na studia. Trudna sytuacja materialna zmusiła go do pracy w sklepie, w którego pobliżu Helena Stelmach, piękna 30 letnia już kobieta mieszkała razem ze swoją matką. Pan Ali zakochał się na zabój, szalał z miłości, nie mógł pogodzić się z odmowami Heleny. Życie bez odwzajemnionej miłości wydało mu się na tyle puste, że postanowił z nim skończyć, zabić się. Na szczęście nieskutecznie. Brat pana Nikpoura w trosce o jego zdrowie i życie prosił Helenę, żeby coś zrobiła, żeby coś postanowiła. Pani Helena rozmówiła się ze swoją matką, która trzymała ją pod kloszem i wyperswadowała je, że kobieta po trzydziestce, która nie ma męża i rodziny, to nie jest sytuacja normalna.

„Zlitowałam się nad nim, zgodziłam się, chociaż przystojny to on nie był” – tak żartobliwie mówi o swojej decyzji Pani Helena w jednym z wywiadów. Pobrali się, stworzyli kochającą rodzinę na całe życie (przeżyli razem ponad 50 lat), której owocem jest dwoje niebieskookich synów – Reza (co oznacza Ryszarda) i Ramin (czyli Roman). Reza Nikpour jest prezesem Stowarzyszenia przyjaźni Polsko – Irańskiej i to on zaprosił nas do swojego rodzinnego domu.

Siedzimy przy stole, rozmawiamy, śmiejemy się i łowimy opowieści. Z każdym kolejnym otwieranym albumem fotograficznym atmosfera w pokoju nasącza się emocjami, wzruszeniem, smutkiem i łzami napływającymi do oczu. Mąż pani Heleny rozdygotany wstaje i żeby się uspokoić idzie do pokoju obok. Siada na fotelu. Z drugiej strony stołu stoi pusty fotel, fotel żony. Tak zawsze siadali razem. Teraz na pustym fotelu nikt nie siada, leżą na nim pamiątki po żonie i jej fotografia. Odkładam aparat, siedzimy, milczymy. Łamiącym głosem powiedział tylko jedno zdanie – „Ona była taka dobra, taka piękna”.

Po kilku godzinach zebraliśmy się do wyjścia i wtedy ja poprosiłem pana Alego, żebyśmy zostali jeszcze trochę sam na sam. Wtedy zrobiłem ten portret. Mężczyzna, staruszek tulący portret swojej żony zrobiony kilka dni przed ich ślubem ponad 50 lat wcześniej. „Miłość silniejsza jest niż śmierć” – mówi Biblia. A może to fotografia silniejsza jest niż śmierć.

Może to fotografia jest rozpaczliwym aktem buntu przeciwko przemijaniu i śmiertelności. Może paradoksalnie fotografia – (która w dosłownym tłumaczeniu oznacza rysowanie światłem) jest kodem dostępu, kluczem do świata równoległego, świata cieni i blaknącej pamięci.